Bloog Wirtualna Polska
Są 937 742 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ciche wspomnienia

poniedziałek, 07 maja 2012 13:58

Wszystkie prawa do postaci należą do pana Kripke i wytwórni The CW.

Poniższa historia to wytwór mojej wyobraźni i tego, co by było gdyby…

 

 

- Nigdy niczego nie żałowałaś? – W pokoju rozbrzmiał lekko zachrypnięty kobiecy głos, wyrywając mnie z letargu.

Spojrzałam na siedzącą obok kobietę i uśmiechnęłam się. - Żałowałam wielu rzeczy… aż do chwili, gdy nauczono mnie, że nie warto analizować „co by było gdyby”. Podejmowane przez nas decyzje wpływają nie tylko na nasze życie. Jednak wiecznie patrzenie w przeszłość nie przynosi nic dobrego. Sporo czasu zajęło mi nauczenie się tej zasady. Jemu podobno równie długo, aż w końcu zrozumiał, że nie ma wpływu na przeszłość i po prostu najlepiej żyć dniem dzisiejszym.

- Mówisz o…

- Tak. To było tak dawno, a w zasadzie jakby wczoraj. Wciąż pamiętam jego spojrzenie i miękki dotyk dłoni na moim policzku. Żal nie jest ani dobrym doradcą, ani tym bardziej życiowym przewodnikiem. Trzeba brać to, co daje los. Pragnąć więcej, ale nigdy nie żałować tego co było.

- Mówisz jak wieszczka.

- Wiesz, starością i siwizną prawie im dorównuję. Jednak nieco gorzej z mądrością…

- Daj spokój. Poza tym, czy można ująć ją w jakieś sztywne ramy i określić, kto jest mądrzejszy i kto więcej przeżył? Każdego z nas ukształtowały inne osoby i inne zdarzenia. Każdy z nas jest mądry na swój własny sposób…

- Chyba wypiłaś z dużo rumianku, droga Zuzanno, bo robisz się zdecydowanie zbyt...

- Przemądrzała? Oj wiem, wiem. Przebywanie z tobą podnosi poziom mojej inteligencji. Mam jednak co ciebie małą prośbę. Do kolacji została nam jeszcze dobra godzina, więc może wcześniej… opowiedziałabyś o waszym spotkaniu?

- Znowu? Zuz, ile można? – W moim głosie wciąż pobrzmiewał śmiech, jednak teraz dołączyła do niego ukryta nuta tęsknoty. – Skoro jednak nalegasz… Więc… zacznę od początku… - Przyprószone siwizną włosy uległy dotykowi mojej pokrytej zmarszczkami dłoni, która ugładziła je powolnym ruchem, by spocząć na obitej materiałem poręczy fotela. – A wszystko zaczęło się 30 lat, 3 miesiące i 15 dni temu…

 

****

 

Pierwsze promienie wschodzącego słońca przebijały się leniwie przez pokrywające niebo chmury. Powoli i z niechęcią, jakby nie miały zamiaru dotrzeć do skrytej we mgle ziemi. Ta dziwna pogoda utrzymywała się już od dłuższego czasu, wywołując ogólną chandrę i rozdrażnienie. W szpitalnej izbie przyjęć pojawiało się coraz więcej rannych osób, ofiar zarówno własnej nieuwagi, jak i działań innych ludzi. Personel nie narzekał na brak zajęć.

 

Mój dyżur dobiegł właśnie końca i z radością wyszłam na przylegający do niewielkiego szpitala parking. Panowała zadziwiająca cisza, jakby świat schował nie tylko swoje kolory, ale i dźwięki. Zajętych było tylko kilka miejsc parkingowych, moje stare autko stało najbliżej wejścia. Już dawno wywalczyłam je sobie w zaciętym sporze z jedną z pielęgniarek. Do dzisiaj patrzyła na mnie z niechęcią, jednak jakoś nie specjalnie zależało mi na jej sympatii, za to dużo bardziej na dobrze oświetlonym miejscu. Dzisiaj jednak chyba nie był mój dzień. Kiedy z kluczykami w ręku zbliżyłam się do samochodu, wisząca na ścianie lampa zamigotała, wydała dziwny trzask i zgasła. Co prawda świtało, jednak wciąż mrok wygrywał ze światłem. Na upartego mogłam jakoś trafić do zamka, i pewnie bym tak zrobiła, gdyby nie nagły dźwięk, jaki dobiegł mnie z prawej strony.

 

Drgnęłam gwałtownie i spojrzałam w tamtym kierunku. Oczywiście, prawie nic nie widziałam. Zarysy stojących w oddali aut, kontenerów na śmieci i nic poza tym. Wszystko zlewało się w szarą masę. Przymrużyłam powieki, naiwnie wierząc, że pomoże mi to przebić się wzrokiem przez mgłę. Nic. Żadnego ruchu. Uznałam, że pewnie jakiś zabłąkany kocur szukał porannego posiłku i narobił przy tym sporo hałasu. Odwróciłam się ponownie do samochodu.

 

Coś przeraźliwie zimnego przemknęło obok mnie, zostawiając po sobie przeraźliwy odór. Smród dobrze znajomy, kojarzący się tylko z jednym miejscem… kostnicą.

 

Tym razem poczułam, jak włosy na karku stają mi dęba. Mocniej zacisnęłam palce na kluczykach, starając się zwalczyć nagły wstrząsający mną dreszcz.. Kątem oka zauważyłam, że po mojej prawej stronie mgła zaczyna gęstnieć i zmieniać kolor. Spojrzałam w tamtą stronę i zamarłam. Szara masa drgała, skręcała się tworząc dziwny wir, który z każdą chwilą przybierał coraz dziwniejszy kształt. Najpierw pojawiły się długi i chude palce. Wysunęły się z wiru, a na ich czubkach widniały paznokcie przypominające zbyt długie szpony. Z każdą sekundą widziałam coraz więcej. Czarny materiał pokrywający chudą rękę, cienkie ramię, kawałek klapy od ciemnego garnituru pod którym widniał równie szczupły tors. Z każdym uderzeniem mojego przerażonego serca, dziwaczny przybysz nabierał realnych kształtów. Albo zdrowy rozsądek albo szalejąca panika powstrzymywały mnie od spojrzenia nieco wyżej. Zauważyłam jedynie, że twarz przybysza wciąż jest owiana delikatną mgłą.

 

Powietrze wciąż drgało, chociaż wcześniejszy dziwny wir prawie zanikł. Gęstniejąca cisza nie przepuszczała żadnych dźwięków, tworząc wokół mnie jakby kokon, skutecznie tłumiąc wszelkie odgłosy. Poczułam się nagle potwornie ociężała. Miałam wrażenie, że moje ręce ważą z tonę. Z odrętwiałych dłoni wysunęły mi się kluczyki, upadły na asfalt tuż przy moich stopach, jednak żaden dźwięk nie naruszył ciszy. Zmęczenie, niczym ciężki zimowy płaszcz, spoczęło na moich ramionach, wywołując gwałtowną potrzebę zamknięcia ociężałych powiek. Moje ciało tak bardzo chciało się położyć. Przestać czuć ten potworny przygniatający je ciężar. Chociaż na chwile zamknąć oczy, rozluźnić napięte mięśnie i dać się ponieść…

 

Spod półprzymkniętych powiek zauważyłam, że dziwny intruz sunie przez mgłę dokładnie w moim kierunku. Nie czułam strachu, nie czułam… w zasadzie nic. Wszelkie moje uczucia zniknęły, pozostawiając mnie jakby w próżniowej bańce, odciętą od świata. Stałam opierając się lekko o samochód i po prostu czekałam…

 

- Uciekaj!!! Rusz się!!!

 

Mój zamglony umysł z trudem zarejestrował dobiegający z oddali głos. A może to był mój wewnętrzny instynkt przetrwania? Nie było to ważne, bo i tak nie miałam siły na jakiekolwiek reakcje.

 

Na policzku już prawie czułam dotyk zimnych palców, prawie słyszałam delikatny dźwięk ocierającego się o mnie czarnego garnituru. Taki spokój… Zamknęłam oczy.

 

Głośny huk przebił się przez moje odrętwienie. Sekundę później coś wielkiego i twardego zwaliło mnie z nóg, całym swoim ciężarem przygniatając do ziemi. Resztki powietrza, jakie miałam w płucach, wydobyły się ze mnie z głośnym świstem, gdy leżący na mnie ciężar nagle się poruszył i wydał z siebie chrapliwy głos. – Jesteś cała?

 

 

 

 

 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331073286,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wesołych Świąt

czwartek, 05 kwietnia 2012 13:16

Witajcie

 

Jeśli tu jeszcze zaglądacie :)

Minęły trzy miesiące. Nie zapomniałam jednak o Was. Naprawdę.

Na razie jednak chciałam Wam życzyć Zdrowych i Spokojnych Świąt.

A już niedługo kolejna historia, która chodziła za mną od stycznia, ale jakoś nie miała dość siły, by zmusić mnie do przelania jej na klawiaturę. Jednak, co się odwlecze to... :)

Pozdrawiam Was serdecznie.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331003411,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

TA JEDNA W ROKU/ŻYCIU NOC

środa, 28 grudnia 2011 23:19

Chciałam Wam podziękować za kolejny wspólny rok. I chociaż do Sylwestra jeszcze kilka dni, mam dla Was Sylwestrowy prezent :)

 

Gdybym miała się nie pojawić do weekendu, to życzę Wam, aby następny rok przyniósł Wam spełnienie marzeń, przede wszystkim tych, o których sami boicie się marzyć z obawy przed ich niespełnieniem. Życzę Wam radości, prawdziwej i nieposkromionej z każdego nawet najmniejszego dorbiazgu i życzę tej miłości, która daje siłę i nadzieję. Szczęśliwego Nowego Roku.

 

 

 

TA JEDNA W ROKU/ŻYCIU NOC

 

Cierpliwość nigdy nie stanowiła mocnego punktu w moim charakterze. Chociaż ludzie wokół mnie twierdzili inaczej. Tak czy siak, kolejny raz spojrzałam na wiszący na ścianie zegarek i ciężko westchnęłam. Zostało kilka godzin, a jego wciąż nie było. Nie, żeby to było po raz pierwszy. Co to, to nie. Tryb życia, jaki prowadził sprawiał, że więcej go nie było niż był, a jak już bywał to z notorycznym spóźnieniem. Jednak jedno trzeba było mu przyznać, doskonale wiedział jak ułagodzić kobiecy charakter i jak wynagrodzić godziny czekania. A wierzcie mi, warto było czekać.

 

Nie zmieniało to jednak faktu, że za każdym razem marudziłam pod nosem. Krzątałam się po domu szykując na jego przybycie. Wszystko było gotowe, a przede wszystkim ja – dosłownie i w przenośni. Dom, tak naprawdę, mógł popadać w ruinę, nie zwracał na to uwagi. Liczyłam się przede wszystkim ja. Dużo tego przede wszystkim, ale w jego przypadku trudno unikać tego sformułowania. Bo przede wszystkim to był ON. Wiedziałam, ba czułam każdym nerwem, że to ten facet, który przewróci mój świat do góry nogami. Przewrócił i to nie raz, począwszy od pierwszego spotkania. Kiedy jednak patrzy się w te jego uwodzicielskie oczyska, trudno skupić się na czymś innym i rozważać logiczne argumenty. Po prostu chce się go tu i teraz. No co, przecież mówiłam że cierpliwość nie jest moją mocną stroną.

 

Pierwsze spotkanie… długo by opowiadać. Chociaż nie, to raczej typowa historia z typu „Kobieta poszła do baru…” i dopowiedzcie sobie resztę. Rzeczywistość była jednak nieco inna. Byłam w tym barze, broń boże nie w celach podbojów erotycznych. Poszłam, bo musiałam i obiecałam pocieszyć  złamane po raz kolejny serce koleżanki. Jej serce z natury dość szybko się skleja i po godzinie płakania i kilku drinkach zostawiła mnie samą, znikając za drzwiami wdzięcznie uwieszona ramienia, dopiero co poznanego bruneta. Kolejny kandydat na szybkie pocieszanie i łamanie jej organu zwanego zbyt szumnie sercem.

 

Zostałam więc sama nad kieliszkiem wina i pogrążyłam się w zadumie. Nie, za dużo powiedziane, raczej udałam się w świat fantazji, gdzie wszystko było prostsze. Czasami tak robię… aby zachować zdrowy rozsądek  i nieco odpocząć od obecnego wszędzie zgiełku. Wiem, że może nieco chaotycznie opowiadam, ale już przechodzę do sedna…

 

Siedziałam więc sobie nad tym kieliszkiem. W myślach oddawałam się znacznie przyjemniejszym czynnością… nie, nie takim wy świntuchy. Po prostu marzyłam o zielonej łące, miękkim kocu i dobrej książce. A wokół błoga cisza. Gdy w te moje marzenia nagle wdarł się męski głos. Całkiem przyjemny, jednak akurat w tej chwili bardzo irytujący. Uniosłam wzrok, by w miarę grzecznie spławić delikwenta. Kiedy jednak spojrzałam w te jego oczy… Łąka czmychnęła z mych myśli szybciej niż powiesz słowo sex. Jej miejsce skutecznie zajęły inne obrazy, znacznie bardziej ciekawsze i zapewniające chociażby… zadyszkę. A myślcie sobie, co chcecie.

 

W każdym bądź razie patrzyłam w te oczy i patrzyłam. I mój słaby punkt charakteru dał o sobie wyraźnie znać, że chce go tu i teraz. No i… może nie było tu i teraz, ale tak raczej coś w stylu… 30 minut później moja ciekawość i cierpliwość zaczęły być zaspokajane.

 

Od tego czasu minęło kilka miesięcy. On wracał. Dziwne, co nie? Też mu się dziwiłam. Sądziłam, że będzie to jeden wspólny wieczór i noc, a potem zniknie. Jednak stało się nieco inaczej. Oczywiście, że rankiem zniknął, ale dwa dni później pojawił się z powrotem. Potem sytuacja znów się powtórzyła. Potem jeszcze raz. W końcu przestał czmychać o poranku. Żegnał się normalnie, by wrócić za kilka dni lub tygodni, czasami nawet miesięcy.

 

Nigdy sobie niczego nie obiecaliśmy. Nie powiedzieliśmy słów, które mogły by wzbudzić niepotrzebne nadzieje. Korzystaliśmy z chwil ofiarowanych nam przez los. Czerpaliśmy z nich pełnymi garściami. Tak było w tej chwili nam dobrze.

 

Dzisiaj powiedział, że będzie. To jedyny taki szczególny dzień w roku. Taki przełom dający nadzieję. Więc czekałam wędrując z kąta w kąt i kolejny raz przesuwając stojące na półkach bibeloty. Czerwona koronka opinała mnie w najbardziej newralgicznych miejscach, a spływające na ramiona włosy delikatnie łaskotały odkryte fragmenty skóry. Praktycznie nie miałam makijażu. Nie przepadałam za nim, a i ON wolał, że gdy całując moje powieki, muskając policzki, czuł mój smak a nie rozmazujące się pod jego dotykiem chemikalia. Niektóre z was powiedzą, że są kosmetyki, które są w stanie przetrwać każde męskie podchody. Odpowiem wam jedno, widocznie nie spotkałyście naprawdę namiętnego mężczyzny.

 

Wracając jednak do czekania. Minęła kolejna godzina, a jego ani śladu. Mieszanka niepokoju i niecierpliwości zdecydowanie źle wpływa na mój charakter. Na przemian robiło mi się zimno i gorąco. Rozpięłam kilka guzików przy dekolcie i usiadłam na kanapie. Rozstawione świece rzucały migotliwe światło na moją sypialnię. Łóżko zajmowało centralną pozycję, było duże i wytrzymałe. Sprawdziliśmy to nie raz. Teraz pyszniła się na nim świeża pościel pachnąca słońcem i latem. Idealne gniazdko na czułe powitania, gdyby było tylko kogo witać.

 

Z ciężkim westchnieniem wstałam i podeszłam do okna. Mieszkałam w spokojnej dzielnicy, a okna sypialni wychodziły na niewielki ogród, który współdzieliłam z sąsiadami z domu naprzeciwko. Zazwyczaj ukryty w cieniu drzew, teraz jaśniał od śniegu i rozwieszonych lampionów. W powietrzu czuło się ekscytację i oczekiwanie, ja też to czułam, jednak z całkiem innych powodów.

 

Oparłam dłoń na szybie. Chłodna tafla schłodziła moją skórę, a powiew mojego oddechu narysował na szkle delikatny, prawie przejrzysty obłok. – Gdzie jesteś? – Wyszeptałam do czającego się za okiem mroku.

 

- Tam, gdzie cały czas pragnąłem być. – Rozległo się nagle za moimi plecami, a chłodne męskie ramiona objęły mnie w tali. – Przepraszam, śpieszyłem się jak mogłem, ale ten ruch na drogach i ten cholerny śnieg…

 

Nie słuchałam go. Liczyła się jego obecność. Szybko odwróciłam się do niego przodem. Spojrzeniem starałam się w ciągu kilku sekund sprawdzić, czy jest cały i zdrowy, a zarazem nacieszyć jego widokiem. Było to zadanie trudne do wykonania, bo zachwycać się było czym i to w całkiem sporych ilościach.

 

Zamilkł i z uśmiechem na spierzchniętych wargach przetrwał moje oględziny. Ciemna koszula doskonale opinała jego ramiona, a granatowe dżinsy podkreślały długość i muskulaturę nóg. W moim wnętrzu rozpętała się gwałtowna burza, która niczym tornado chciała zerwać z niego te skrawki materiału i porwać go w swój nieokiełznany wir.

 

Znał mnie. Znał mnie za dobrze. Czuły uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony przez płonące pożądaniem spojrzenie. Uniósł dłoń i delikatnie dotknął kosmyk moich włosów. Zsunął rękę na moje nagie ramię. Zadrżałam od jego dotyku i chłodu, jaki wciąż bił od jego ciała. Chciał cofnąć dłoń, jednak chwyciłam ją i przywarłam do jej wnętrza rozpalonym policzkiem. Potem ustami, aż czubkiem języka zanurkowałam z znajomym zagłębieniu.

 

Gdzieś pomiędzy moim „tęskniłam”, jego „jesteś piękna”, granatowe dżinsy dołączyły do leżącej już na podłodze koszuli. Jego dłonie rozgrzewały się bardzo szybko podczas wędrówki po moim ciele. Kontrast pomiędzy ciepłem panującym w pokoju, a jego wychłodzoną skórą, doprowadzał mnie na skraj szaleństwa.

 

Kiedy pod plecami poczułam miękkość łóżka, a na sobie tak dobrze znajomy i wytęskniony ciężar, wiedziałam, że jak zawsze warto było czekać. Zatraciłam się w jego pocałunku, smaku ust i szorstkości warg. Zatańczyłam szalone tango z jego zwinnym językiem, który nagle powędrował wzdłuż mojej żuchwy, poprzez szyję, aż do obojczyka, by zsunąć się na odkryte przez zwinne palce inne rejony.

 

Nabrzmiałe brodawki od dawna stały w gotowości, czekając na chociaż odrobinę jego uwagi. Kiedy w końcu poczuły wilgoć i ciepło wnętrza jego ust, gdyby miały usta westchnęłyby, zamiast tego ja wydałam z siebie trudny do opisania dźwięk.

 

Dobrze znał moje wrażliwe rejony. Był niczym Jack Sparrow podążający za kolejnym skarbem, a którego igła kompasu wyraźnie wskazuje upragniony kierunek. Bezbłędnie odczytywał mapę mojego ciała, umiejętnie korzystając z danych mu przez los walorów. Czasami dobrze poddać się takim działaniom, ponieść chwili…

 

Jego długie palce nie mogły nigdzie na dłużej zagrzać miejsca. To tu, to tam. Jędrny wzgórek prawej piersi, delikatna skóra na brzuchu, muśnięcie policzka, lewy wzgórek piersi i nagle miłosna dolina, która czekała na niego od bardzo dawna. Mówiłam już, że jestem niecierpliwa?

 

On też o tym wiedział. Czasami jednak wystawiał mnie na próbę, dręcząc słodką tortura, zmuszając do ćwiczenia swojego niedoskonałego charakteru.

 

Tym razem jednak oboje chcieliśmy tu i teraz. Dlatego porzucił miłosną wędrówkę i bezbłędnie ulokował się w strategicznym miejscu. Uniosłam biodra, on przesunął się do przodu…

 

I wszystko znalazło się na swoim miejscu. Zatoczyło koło, by odnaleźć nas wśród splątanego prześcieradła, z trudem łapiących oddechy i wpatrzonych w swoje oczy. Tak zawsze miało być. Jakby od samego początku, wszystkie moje działania, wszelkie decyzje, prowadziły właśnie do tego miejsca i tej chwili… do tego mężczyzny.

 

Powolne ruchy przybrały na sile. Krople potu spłynęły po naprężonych mięśniach. Lecieliśmy, unosiliśmy się gdzieś w górze. Zniknął sufit i chmury pokrywające nocne niebo. Zostały gwiazdy oślepiające swym blaskiem. Został on, będący moją częścią, dopełnieniem.

 

Nagłe drżenie. Trudne do opanowania i zniewalające całe ciało. Pozbawiające tchu. I oślepiający błysk, potem kolejny. I złączony krzyk, gdy idealna harmonia otuliła nas kokonem rozkoszy.

 

Po kilku sekundach, a może minutach? Nie wiem i nie ważne. Kiedy poczułam, że znajduję się we własnym łóżku, a wciąż we mnie wtulony leży obok mój mężczyzna…  Błogość i radość rozpłynęły się po zmęczonym ciele. Przy nim, byłam gotowa nauczyć się cierpliwości. Spojrzał na mnie. Po raz pierwszy dostrzegłam tę czułość, niepohamowaną radość i coś jeszcze, co trudno uchwycić, a jeszcze trudniej opisać słowami, by nie zbezcześcić źle dobranym słownictwem tej magii, tego daru, który kryje się w niewypowiedzianych słowach.

 

Po jakimś czasie odezwał się pierwszy. Kącik warg drgnął mu w uśmiechu, gdy przysunął się do mnie i całując mnie w czubek nosa wyszeptał. – Szczęśliwego Nowego Roku. Co prawda fajerwerki już za nami, ale szampan wciąż czeka na stole…

 

Wiecie, długo to on na tym stole nie postał. I zdradzę wam jedno, szampan smakuje doskonale zlizywany z męskiego brzucha. J

 

KONIEC



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330698677,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

...

niedziela, 04 grudnia 2011 22:34

Witajcie (o ile zaglądają tu jeszcze jacyś czytelnicy ;) )

 

Z powodu nawału obowiązków zawodowych i prywatnych moje pisanie, niestety, musiało wziąć sobie wolne. Poza tym wen podupadł na jesienną chandrę. Może macie jakieś sposoby na jego pobudzenie? :)

Jeżeli wciąż macie ochotę czytać pisanie przeze mnie historię, to będę próbować dalej "tworzyć". Dajcie tylko jakiś znak :)

Pozdrawiam Was serdecznie.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330638590,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

I koniec

środa, 02 listopada 2011 14:26

I to już koniec przygód Sama w tej historii :)

 

 

Otwieranie oczu jeszcze chyba nigdy nie sprawiło jej tyle bólu. W końcu uniosła obie powieki i wzięła głęboki oddech. Nagle dobiegły ją jakieś dźwięki.

- To była jedna z najgłupszych rzeczy, jaką mogliście wymyślić. Oszalałeś? I jeszcze ją brać na akcję? Co ty sobie myślałeś? - Głos Deana roznosił się po jej mieszkaniu. Chwila, jej mieszkaniu? Elle uniosła się na łokciach. Znajdowała się we własnym łóżku, we własnym mieszkaniu. Czyżby wszystko było tylko koszmarnym snem?

 

- Jesteś głupszy niż ustawa przewiduje. A ty, Cas, nie jesteś lepszy. I nie wpatruj się we mnie z tą miną zranionego psiaka, wystarczy, że on tak robi! - Starszy Winchester najwyraźniej dawał upust swoim uczuciom. Za to umysł dziewczyny zarejestrował wreszcie, że skoro w jej mieszkaniu jest Dean i Cas, to...

 

- SAM!!! - Zeskoczyła z łóżka i w pośpiechu pobiegła do saloniku. W ciągu kilku kroków jej umysł zdążył przeanalizować dziesiątki możliwych opcji i wyjaśnień całej sytuacji. Serce jednak chciało wiedzieć tylko jedno.

 

- Sam? - Wypadała zza progu i prawie wyhamowała na plecach stojącego przed nią Deana.

 

Mężczyzna odwrócił się szybko i chwycił ją za ramiona. Pokryta złotymi piegami twarz nosiła wyraźne ślady zmęczenia, jednak żadnych śladów walki. Elle w pospiechu szukała jakiś oznak żalu i smutku, co świadczyłoby o najgorszym. Jednak zielone oczy nie wyrażały nic więcej poza zmęczeniem i irytacją. Kurze łapki w kącikach oczu przybrały na sile, gdy ich właściciel uśmiechnął się do dziewczyny.

 

- Sam? - Prawie wyszeptała. - Gdzie jest Sam?

 

Dean wciąż milczał. W końcu odsunął się na bok. Za jego plecami na jednym z foteli siedział Sam. Cały i zdrowy. Patrzył na nią czule się uśmiechając.

 

Ulga zalała ją jak kojący strumień wody. Przepchnęła się obok Deana i w kilku krokach znalazła się przed Samem. Wzięła w dłonie jego twarz. Prześledziła każdy fragment, każdy pieprzyk, zadarty czubek nosa i dołeczki w policzkach. Oboje wciąż milczeli. W zasadzie to żaden z obecnych nic nie mówił. Kątem oka dziewczyna zauważyła Castiela i Bobby’ego oraz jakiegoś obcego mężczyznę, który ze stoickim spokojem przyglądał się rozgrywanej scenie. Jednak oni byli tylko tłem. Liczył się on. Jej Sam, siedzący w spokoju, obejmujący ją w tali wielgachnymi dłońmi i z burzą brązowych włosów, które stawały dęba na sam widok grzebienia. Siedział tu przed nią cały i zdrowy. Ale jak....?

 

Chłopak bezbłędnie odczytał pytanie, jakie przemknęło po jej twarzy. Chwycił ją mocniej i posadził na swoim udzie. Z westchnieniem ulgi wtulił nos w jej włosy. - Zaraz wszystko ci opowiem. Daj mi chwilkę. - Gładził ją delikatnie po plecach. Z radością czuł ciepło, jakie biło od jej delikatnego ciała. Była jego ostoją, wsparciem. Sprawiała, że...

 

- Może dość tych czułości. Jeszcze nie skończyłem swojego kazania. - Dean z typowym sobie poczuciem humoru przerwał panujący spokój. - Ty. - Wskazał na Elle. - Jazda z nóg tego drągala. Tobie też się należy natarcie uszu. I nie, nie kłóć się ze mną, Sam.

 

Chłopak niechętnie wypuścił dziewczynę z rąk. Nie pozwolił jej jednak oddalić się zbytnio, dlatego przycupnęła przy nim na oparciu fotela. Jego ręka objęła ją z tyłu, aż biodrem oparła się o jego bok. Zadowolony sam z siebie posłał jej szeroki uśmiech.

 

- Nie szczerz się jak głupi do era, kretynie! - Najwyraźniej Dean jeszcze nie skończył. - Powinienem was rozdzielić i pozamykać w osobnych celach, bo przebywanie razem najwyraźniej szkodzi wam na szare komórki! Jak mogliście w trójkę uważać, że dacie JEMU radę? No, jak?

 

- Oj, nie denerwuj się bo ci stanie... serce, Dean. - Sam posłał bratu szeroki uśmiech. - Plan był dobry...

 

-... tylko wykonanie kiepskie. - Bobby odezwał się po raz pierwszy. - Macie szczęście, że Cas jest jednak inteligentnym aniołem, na całe szczęście przebywanie z wami nie zaszkodziło jego rozumowi.

 

- Ej! - Tym razem bracia byli zgodni.

 

- Nie ejujcie mi tu. Dobrze wiecie o czym mówię. Gdyby nie Cas i jego odzyskane anielskie mojo, byśmy właśnie stali nad twoim grobem Sam, i twoim, młoda damo.

 

- Anielskie mojo? - Elle wtrąciła cichym głosem.

 

- Ano. Cas ma jednak wysoko postawionych przyjaciół. Odzyskał swoje moce, dlatego te dwa przystojniaczki nie noszą większych śladów zużycia niż zazwyczaj.

 

Elle poczuła nagłe pragnienie rzucenie się na anioła i wycałowania jego bladych policzków. Wszelkie pretensje i złe wspomnienia z nim związane, zeszły na dalszy plan. Cas jakby czytając jej w myślach, zrobił mały krok do tyłu.

 

- Chcieliśmy... - Sam chrząknął i spróbował się odezwać.

 

- Wiem, co chcieliście. - Dean odezwał się nieco bardziej opanowanym tonem. - Wiesz najlepiej, że dobrymi intencjami to piekło jest wybrukowane. Sam, trzeba było pomyśleć.

 

- Dean, wiem... nawaliłem. - W tonie chłopaka pobrzmiewały dziwne dźwięki. Elle spojrzała na niego uważniej. Jeszcze chwilę temu z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech, teraz jednak zastąpiła go maska skupienia, smutku i złości. Chłopak chwycił jej dłoń i splótł ich palce. - Naraziłem nie tylko siebie. Przeceniłem siebie i moje możliwości. Przepraszam. - Elle ścisnęła mocniej jego dłoń, starając się mu przekazać jednym dotknięciem to wszystko, co kłębiło się w jej wnętrzu.

 

- Palant z ciebie, wiesz? - Dean westchnął. Przysiadł na drugim fotelu i spojrzał na siedzącą przed nim parę. - Cieszę się jednak, że po raz kolejny mogłem uratować twój tyłek. A teraz do rzeczy. Zdobyliście, to po co była ta wasza cała wyprawa?

 

Elle poderwała się gwałtownie. Drżącymi dłońmi zaczęła sprawdzać kieszenie spodni. Opuszkiem palca wyczuła niewielkie pudełko wciąż leżące bezpiecznie. Chwyciła je i powoli wysunęła. Kiedy pudełko znalazło się w jej dłoni, wszyscy obecni zamarli.

 

Bobby w końcu drgnął i nerwowo obrócił w palcach trzymaną czapkę. Dean wstał i zrobił w jej kierunku mały kroczek. Sam zamarł w bezruchu, a jedynie Cas i obcy jej mężczyzna wydali zgodny odgłos, coś pomiędzy westchnieniem a jękiem zachwytu.

 

Dean zbliżył się do niej bardzo powoli. Drżały mu ręce, gdy wyciągnął je w kierunku Elle. Niczym małe dziecko wpatrujące się w upragniony prezent, Dean z zachwytem obserwował mały kawałek aksamitu pod którym krył się klucz do ich sukcesu. Wyciągnął dłoń...

 

-  Nie. - Cas był szybszy. Chwycił pudełko i z prawie nabożną czcią schował od razu w poły swojego płaszcza. - Ja się tym zajmę.

 

Jakoś żadna z obecnych osób nie czuła, że powinna protestować.

 

- A ON? - Elle zadała pytanie, które nurtowało ją od chwili, gdy zobaczyła Sama całego i zdrowego.

 

Dean wiedział od razu o kogo chodzi. - Uciekł, ale nie na długo...

 

- Czy...?

 

- Dorwiemy go następnym razem. Tylko pamiętajcie, takie samotne samobójcze misje macie zakazane aż do odwołania.

 

Elle i Sam zgodnie kiwnęli głowami. Dziewczyna zsunęła się z oparcia, by bezpiecznie wtulić się w ciepłe ramiona chłopaka. Oprała głowę o jego tors i z radością wsłuchała się w równy rytm jego serca, który nieznacznie przyśpieszył, gdy jej dłoń zsunęła się na jego brzuch... Tak, wciąż miała pewną przewagę i wykorzysta ją, by mieć go chociaż na chwilę tylko dla siebie. Uśmiech kobiety świadomej swojej siły pojawił się na jej ustach, gdy uniosła głowę i ucałowała pieprzyk na podbródku Sama. Tak, działania w pojedynkę nie są dobrym rozwiązaniem.

 

 

KONIEC



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330534470,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Sammy, prawie już koniec

środa, 02 listopada 2011 12:13

Pamiętacie jeszcze historię Sama i Elle? Jeśli tak i macie ochotę dowiedzieć się, co było dalej, to zapraszam do lektury.

 

 

Krzyczała. Nie mogła przestać. Jakby drzemiąca w niej tama puściła. I chociaż gardło zaczynało odmawiać posłuszeństwa, jej żałosne wołanie nie ustawało. Do chwili…

 

- Zamknij się! – Posiniaczony policzek przyjął kolejny cios. Głowa dziewczyny odskoczyła do tyłu, a porcja piekących łez wymknęła się spod obolałych powiek.

 

- Zamknij się, albo cię zaknebluję, a wtedy nie powiesz „żegnaj” swojemu kochasiowi.

 

Elle powoli wyprostowała głowę. Tuż przed nią stał ON, nie wiedziała jak, była jednak tego pewna. Wysoki, ubrany w świetle skrojony garnitur. Szeroki podbródek oraz pełne i kształtne usta z całą pewnością przyciągały kobiece spojrzenia. Jednak ona nie czuła nic poza obrzydzeniem. Kiedy jej wzrok powędrował wyżej, gniew wybuch w niej ze zdwojoną siłą. Jego oczy wirowały kolorami, od czarnego przez złoty aż po przerażającą czerwień, jakby nie mogły się zdecydować, która barwa najbardziej im odpowiada. Wpatrywały się w nią z siłą drapieżcy wpatrującego się w bezbronną ofiarę.

 

- Widzę, że jesteś równie porywcza, jak twój brat. – Przykucnął przed nią, aż jego spojrzenie zatrzymało się na jej ustach. – Jesteś jednak zdecydowanie ładniejsza. – Uniósł dłoń i przesunął kciukiem po jej policzku. – Aż szkoda oszpecać takie piękno.

 

Elle szarpnęła głowę. Jednak jego druga dłoń wsunęła się brutalnie w jej włosy i przytrzymała ją w miejscu. Dziewczyna zacisnęła powieki, czując zbierające się ponownie łzy. Wtedy poczuła silne szarpnięcie.

 

- Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię. – ON wciąż przed nią kucał. Czuła jego zgniły zapach  z trudem maskowany przez wodę kolońską. Jego dłoń bezustannie błądziła w jej włosach , drugą czuła na policzku. Gardło ścisnęło się jej w nagłym odruchu obrzydzenia.

 

- Zo..st..aw ją. - W tym ochrypłym i przepełnionym bólem dźwięku rozpoznała głos Sama. Szybko otworzyła oczy i starając się omijać wzrokiem twarz kucającego przed nią mężczyzny, powędrowała spojrzeniem dalej... Sam miał wciąż otwarte oczy, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mu opuchlizna. Delikatna zieleń jego spojrzenia błądziła po jej twarzy i sylwetce. Widziała zaciśnięte dłonie chłopaka, które tkwiły bezsilne, uwięzione przez zimny kawałek metalu.

 

- Sądzisz, że możesz mi rozkazywać? - Głos demona był niczym gwałtowne smagnięcie biczem. - Popatrz na nią ostatni raz. Kiedy skończę z wami obojgiem, możesz już nie mieć czego podziwiać. Najpierw jednak... - Wciąż wpatrzona w Sama, Elle nawet nie zauważyła, kiedy demon pochylił się nad nią. Dopiero obrzydliwy smak jego ust na jej wargach, wyrwał ją z odrętwienia. Próbowała się szarpać, odsunąć. Nie miała jednak siły. Silne ręce trzymały ją w potrzasku. Zdradzieckie łzy przysłoniły jej na chwilę widok. Zamrugała szybko, jednak to, co zobaczyła znów wyraźnie, wywołało bolesny skurcz serca.

 

Sam szarpał się ze wszystkich sił, jakie mu jeszcze pozostały. Opuchnięte wargi coś mówiły, chyba nawet błagały, jednak najgłośniej krzyczało jego spojrzenie.

 

Demon w końcu odsunął się od niej. Otarł kciukiem dolną wargę i wsunął ją do ust. - Smakujesz rewelacyjnie. Ten bukiet... Tak... Zdecydowanie pobawię się tobą dłużej. - Oblizał palce czubkiem języka, po czym wysunął dłoń w jej stronę.

 

- Nie!! Ty skur.... - Sam nie dokończył zdania, gdyż nagły cios w głowę, pozbawił go na chwilę przytomności.

 

- Nareszcie. Zaczynała mnie męczyć te jego jęki. - Demon w końcu wstał. Wsunął dłoń pod jej ramię i szarpnął nią do góry. - Posadźcie ją w miejscu z dobrym widokiem na spektakl, tylko dobrze ją zwiążcie. Jeśli jest tak sprytna jak brat, to może próbować się uwolnić. - Pchnął ją w kierunku stojącego obok mężczyzny. - Tylko bez ekscesów, ona jest moja. - Demon rzucił w stronę podwładnego.

 

Czując się jak szmaciana lalka, przerzucana z rąk do rąk, Elle straciła na chwilę orientację. Nagły zawrót głowy sprawił, że z trudem ustała na własnych nogach. Z ulgą poczuła, że jest sadzana na jakimś krześle. Ulga nie trwała jednak długo. Ktoś brutalnie chwycił jej ręce i mocniej zacisnął więzy. Wbrew sobie jęknęła, co wywołało uśmiech zadowolenia na twarzy stojącego przed nią mężczyzny. Elle miała ochotę splunąć mu w twarz.

 

- Gotowi? Nie mam czasu, by znoić waszą niekompetencję. Co znaczy, że „NIE MA”?? - Rozwścieczony głos demona rozniósł się po pokoju. - Chyba dałem wam jasne polecenie? Jesteście tak tępi, że zgubilibyście wasze puste łby, gdyby nie były przyczepione do waszych karków.

 

- Ale...- Jeden z podległych demonów zebrał się na odwagę, która jednak źle się dla niego skończyła. Elle odwróciła się w jego stronę, w chwili gdy ON wyciągnął dłoń i chwycił drugiego mężczyznę za gardło. W ułamku sekundy z ust duszonego mężczyzny wydobyła się cienka smuga czarnego dymu, która jednak nie uleciała, a powoli osunęła się na podłogę, by po chwili zniknąć. Martwe ciało mężczyzny upadło chwilę potem.

 

- Mówiłem, że nie znoszę wymówek!!! - Demon stał wyprostowany, z dumnie uniesioną głową. Jego tęczówki przybrały krwistą barwę, gdy przenosił spojrzenie z jednego demona na kolejnego. - Jesteście najgorszą bandą nieudaczników z jaką przyszło mi pracować. Ratuje was tylko to, że złapaliście tego durnia. Gdyby nie to...

 

Stojące prawie w rzędzie demony zgodnie spuściły głowę. Co jak co, ale wiedziały jak ułagodzić gniew szefa. Kiedy JEGO wzrok przeniósł się na Sama, ciałem Elle wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Demon wpatrywał się w chłopaka z tak jawną nienawiścią, pragnieniem zadania jak największego bólu, aż Elle miała ochotę znów krzyknąć.

 

Sam zaczął odzyskiwać przytomność. Zauważyła to najpierw po drgnięciu jego dłoni, potem mięśnia za zapuchniętym policzku. Aż wreszcie otworzył oczy i spojrzał wprost na nią. Tyle czułości i uczucia nie widziała w nich chyba nigdy. Miała wrażenie, że otula ją kokonem bezpieczeństwa, odcinając od krążącego wokół nich zła. Jednak i ta chwila została im brutalnie zabrana.

 

- Patrzcie, kto się obudził. - Demon stanął przed Samem. - Nasz śpiący królewicz. A teraz może zaczniesz wreszcie współpracować... - Silny cios wbił się pod obolałe żebra chłopaka.

 

- NIE!!! - Elle poderwała się z krzesła. - Zostaw go!!!

 

Demon odwrócił się w jej stronę. Oczekiwała kolejnego ciosu, zamiast tego wyraz twarzy demona zmienił się z gniewu na zaskoczenie. Gdzieś za plecami dziewczyny rozległ się huk, czyjś krzyk, a potem coś ścięło ją z nóg.

 

Słyszała wyraźne strzały, krzyki i jakiś metaliczny zgrzyt. Spróbowała powoli się podnieść. Oparła się na związanych dłoniach i przykucnęła na kolana. Uniosła wzrok w poszukiwaniu Sama. Jednak nie było go. Hak wisiał pusty. Na ziemi pozostały tylko krwawe ślady. Przerażenie ścisnęło dziewczynie gardło. Poderwała się na równe nogi.

 

Lęk odebrał jej na chwilę zdrowy rozsądek. Panika wcisnęła się w każdą komórkę ciała, odcinając spostrzegawczość i wyuczone odruchy łowcy. W jej głowie była tylko jedna myśl - Sam!

 

Koło ucha przeleciało jej coś krwistego. Nie zwróciła na to uwagi. Gdzieś za nią toczyła się zajadła walka, ale ona wciąż nie potrafiła się otrząsnąć.

 

- Elle! Elle! Elle!!!!! - Kilka metrów od niej słyszała znajomy głos. Z trudem przebił się do jej otumanionego umysłu. Ciągnęło ją w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą był Sam, by upewnić się, że zniknął. Budzące się jednak instynkty kierowały ją w stronę jedynej dostępnej drogi ucieczki.

 

Wokół siebie zauważyła wreszcie martwe demony, zakrwawione ciała, które jeszcze kilka minut temu były jej głównym zagrożeniem. Teraz leżały bezwładne.

 

- Elle!!! Do cholery, ocknij się! - Nagle poczuła na ramieniu czyjąś silną dłoń. Wreszcie umysł i instynkty doszły do porozumienia. Jednym zwinnym ruchem wyrwała się z uścisku, by równie szybko wysunąć dłoń i nogę gotowe do zadania ciosu.

 

- Elle, to ja! - Dean w ostatniej chwili uniknął uderzenia od dziewczyny. Chwycił jej rękę . - Elle, to ja, Dean. - Spojrzał na nią. - Elle?

 

Z piersi dziewczyny dobiegł gwałtowny szloch. Rzuciła się na chłopaka, oplatając jego kark drobnymi ramionami. Dean odruchowo przytulił ją do siebie, czując pod dłońmi jej drobne ciało. - Sam? Sam?

 

Dean wiedział bezbłędnie, co kryło się w tym pytaniu. - Żyje. Ledwie, ale jeszcze żyje.

 

Elle poczuła przypływ adrenaliny. Oderwała się od Deana i w pośpiechu rozejrzała wokół siebie. Przy drzwiach stała grupka osób, z których rozpoznała zaledwie kilka. Jednak jej uwagę przyciągnęła leżąca na podłodze postać. Rzuciła się ku niej.

 

- Sam! SAM! - Stojące nad chłopakiem osoby rozsunęły się, by zrobić jej miejsce. - Sam? - Elle dotknęła delikatnie dłoni chłopaka, które były chyba jedynym nie posiniaczonym miejscem na jego ciele. Wyczuła jedynie chłód. Nie drgnął żaden mięsień. - Sam? Sammy! - W jej głosie narastała, dopiero co opanowana, panika. - Kochanie, proszę, spójrz na mnie. - Pochyliła się nad nim. Drobną dłonią dotknęła zakrwawionego policzka, zsunęła ją na szyję w poszukiwaniu pulsu. Jednak nic. Żadnego drgnięcia. Żadnego, chociażby najmniejszego śladu tętna.

- Nie!!!

 

Czuła, jak chwyciły ją silne ramiona. Jak ktoś coś do niej mówił. Ktoś ją wziął na ręce i zaczął nieść. Zaczęła się szarpać. Nie mogła zostawić Sama. Przecież on nie umarł. Nie mógł jej tak zostawić. Musi...

 

- Elle, uspokój się. Proszę. - Ktoś przemawiał do niej spokojnym głosem. - Wszystko będzie dobrze. Znaleźliśmy was.

 

- Sam....



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330534328,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Anielska niespodzianka

poniedziałek, 31 października 2011 14:41

***

 

Cała masa bodźców atakowała obolałe zmysły Deana. Znał smak kaca, jednak to, co teraz czuł było o wiele gorsze. Sam jednak się o to prosił. Wczorajsza butelka whisky plus ślęczenie nad zakurzonymi księgami, dały mu w kość i to dosłownie.

 

Chociaż anioł był całkowicie przeciwny jego planom, nie zostawił go samego sobie. Znikał teraz czasami na całe dni, godziny lub zaledwie minuty, by pojawić się z pokoju z kolejną księgą lub jakimś dziwnym przedmiotem, który okazywał się niezbędny do odprawienia rytuału.

 

Czasami jednak pojawiał się w poszarpanym płaszczu noszącym wyraźne ślady walki. W takich chwilach sumienie i serce Deana wpadały na siebie wywołując u ich właściciela gwałtowną i nad wyraz bolesną migrenę. Dean wiedział, że to o co poprosił Castiela jest czystym szaleństwem. Zdawał sobie sprawę z możliwych konsekwencji, jednak nie mógł zrezygnować. W tej chwili był tylko jeden sposób, by pomóc Samowi, a on nie zamierzał zrezygnować. Gdyby mógł poszedłby do piekła samotnie, jednak bez pomocy anioła jego misja była przegrana już na samym starcie. Czuł się jak cholerny egoista wpatrując się w przygarbioną sylwetkę Castiela. Skrzydlaty był jego przyjacielem, czasami wręcz bratem, a on wciągał go w...

- Dean, brakuje mi jeszcze kilku rzeczy. Nie wiem, czy dzisiaj wrócę, ale jeśli możesz to... Dean?

 

Mężczyzna drgnął wyrwany z zamyślenia. Spojrzał na wpatrzonego w niego Castiela. - Tak?

 

- Wszystko ok? - Wyraz niepokoju pogłębił kurze łapki w kącikach anielskich oczu.

 

Dean przesunął dłonią po twarzy. Westchnął i odezwał się bardziej przytomnym głosem. - Tak. Po prostu się zamyśliłem. Mówiłeś, że gdzieś się wybierasz?

 

- Tak. Musze odnowić kilka kontaktów. Wrócę pewnie jutro. Nie ruszaj się stąd.

 

Dean nie miał dość energii by zaprotestować przeciwko traktowaniu go jak dziecko. Kiwnął tylko głową i sięgnął dłonią po księgę. - Ok, przejrzę tę jakże ciekawą lekturę i będę grzecznie czekał.

 

Anioł albo nie zauważył, albo nie zareagował na ironie w głosie człowieka. Kiwnął potakująco głową i zniknął.

 

***

 

- Cholery można z tym dostać, czy nie mogliby pisać po ludzku. - Gwałtownie zatrzasnął leżącą na stolę książkę.

 

Był już zmęczony. Sądził, że wyprawa na dół będzie prostsza. Gdyby mógł zawarłby po prostu kolejny pakt z demonem rozdroży, jednak ci jakoś wyjątkowo go unikali. Nie znosił bezczynności, nosiło go. Równie mocno nie znosił narażania innych, szczególnie bliskich mu osób. Aby uratować jedną, narażał drugą. Istny obłęd.

 

- A ja mogę ci pomóc. - Nagle za jego plecami rozległ się znajomy głos. Dean sięgnął po leżący na stole pistolet i odwracając się wycedził przez zęby. - Crowley.

 

Demon widząc wymierzoną w swoją stronę broń, tylko ironicznie się uśmiechnął. - Daj spokój, Dean. Obaj wiemy, że ta zabaweczka mi nic nie zrobi. A poza tym, czy tak się wita osobę, która chce ci pomóc?

 

- Jak mnie znalazłeś?

 

- Mam swoje sposoby. - Demon strząsnął niewidoczny paproszek z rękawa marynarki. - Może usiądziemy? Nie lubię zbyt długiego stania. - Nie czekając na odpowiedź przysunął sobie krzesło i usiadł. Zakładając nogę na nogę odezwał się ponownie pełnym ironii głosem - A, więc... Dean. Masz ochotę na pobyt w piekielnym kurorcie?

 

Dean opuścił broń. Oparł się o stół i założył ręce na piersiach. Czujne zielone spojrzenie ani na chwilę nie opuszczało sylwetki przybysza. Zacisnął wargi i milczał.

 

- Nie chcesz porozmawiać? A sądziłem, że moja propozycja cię zainteresuje. W końcu obaj jesteśmy mężczyznami czynu i interesu. Słyszałem również, że Sam nie jest tak twardy, jak by się mogło wydawać. Ale przecież ty też doskonale znasz piekielne sposoby na umilenie czasu. Prawda, Dean?

 

Złoty odcień piegów na policzkach mężczyzny gwałtownie zbladł, gdy Dean z trudem zapanował nad targającą nim złością zmieszaną z falą bolesnych wspomnień. W końcu z trudem rozluźnił mięśnie szczęki i odezwał się pełnym złości głosem. - Czego chcesz?

 

- Już mówiłem. Pomóc ci. - Widząc ironiczne spojrzenie mężczyzny, demom westchnął. - No dobrze, pomóc ci przy okazji zyskując coś dla siebie.

 

- No, miło że nareszcie zaczynasz mówić chociaż częściową prawdę. - Dean wysunął nogę i przysunął sobie stary i odrapany drewniany stołek. Przysiadł na nim, opierając dłonie na udach. - Więc... przejdźmy do konkretów.

 

- Konkrety? Pomogę ci się dostać do Klatki, w zamian ty pomożesz mi coś z piekła wydostać. Pewien drobiazg.

 

- Co to za drobiazg?

 

- Jaki szczegółowy jesteś. Drobiazg. Niewielka rzecz, którą Lucyfer ukrył przed swoimi zwolennikami, jak i wrogami.

 

- Czyli?

 

- Mała, niewielki pierścień. Został ukryty w jednej z cel w Klatce. Wystarczy, że go wyciągniesz i...

 

- Co on robi, ten cały pierścień?

 

- Uwierzyłbyś mi, gdybym powiedział, że po prostu dobrze wyglądałby na moim palcu?

 

- Nie.

 

- Tak myślałem.

 

- Więc?

 

- Jest... pomocny w moim dalszym istnieniu na tym padole.

 

- Crowley, nie mam siły i ochoty by z tobą dyskutować. Bądź więc tak miły i albo przejdź do rzeczy, albo zabieraj swój demoniczny tyłek sprzed moich oczu.

 

- Dean, Dean, Dean. Nie nauczyłeś się jeszcze, że niecierpliwość to kolejny stopień do piekła? W tej jednak sytuacji oddala cię od niego, a nie przybliża. Przyszedłem z propozycją...

 

- Wiem. Czekam tylko na to, kiedy okaże się jaki tkwi w tym haczyk.

 

- Układ jest taki. Pomogę ci się dostać do klatki, dam ci nawet jej plan. A ty zdobędziesz dla mnie ten pierścień. I po sprawie.

 

- Zapomniałeś o jednym.

 

- Tak?

 

- Taki mały szczególik, jak nas wyciągniesz?

 

Krzesło zatrzeszczało ostrzegawczo, gdy demon gwałtownie się poruszył. Na jego wargach pojawił się nieco niepokojący uśmieszek. - A, no tak...

 

Mięśnie Deana napięły się, sięgnął dłonią do odłożonej niedawno broni. - Wiedziałem...

 

Najpierw poczuł drżenie, coraz szybsze wirowanie powietrza, aż zmienia pod jego stopami wpadła w szaleńczy rytm. Crowley poderwał się z krzesła i z paniką na twarzy zaczął rozglądać po pokoju. Nagle chwycił się za głowę i wręcz wyjąc z bólu, upadł na kolana.

 

Dean nie wiedział co robić. Czuł, że nadciąga ktoś potężny, nie miał ani jednak właściwej broni ani czasu, by przygotować się na atak. Oczekiwał, że lada chwila stanie przed nim Lucyfer...

 

Crowley zawył niczym zranione zwierzę. Z jego oczu, nosa oraz ust płynęły strużki krwi. Demon ostatkiem sił powoli zaczął się podnosić. Pobielałe palce chwyciły oparcie krzesła, wreszcie stanął na chwiejnych nogach. Zacisnął z bólu usta i wpatrując się w Deana... zniknął.

 

Dean został sam. Nie na długo. Usłyszał jakby odgłos nadjeżdżającego pociągu, który z każdą sekundą stawał się coraz głośniejszy. Chłopak miał wrażenie, że drewniane ściany zawalą się pod naporem i skutecznie go pogrzebią. Nie był w stanie znieść dłużej tego wiru, hałasu i drżenia. Upadł na kolana i zasłonił głowę rękoma. Huk, jaskrawe światło i to drżenie. Był jak małe ziarenko piasku wrzucone na wietrzny wir. Chciał wreszcie się zatrzymać....

 

- Dean? - Ciepła dłoń dotknęła jego ramienia. Drgnął.

 

Nieśpiesznie odsłonił głowę i ostrożnie wyprostował zdrętwiałe ciało. Cisza. To było pierwsze, co zaważył. I żadnych zniszczeń. Wszystko było na swoim miejscu. A przed nim stał Cas, z pełną zadowolenia miną. Jednak to nie on przykuł uwagę Deana, a drugi, stojący nieco z tyłu człowiek. Cas przesunął się na bok odsłaniając drugiego przybysza.

 

- Dean, poznaj Jehudiela.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330528100,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mała prośba

środa, 21 września 2011 12:35

Mam do Was taką małą prośbę. Jeżeli zaglądacie tutaj i czytacie, a historia wam się podoba lub nie ;) to zostawcie po sobie jakiś ślad. Komentarze karmią wena, a takiego karmienia bardzo mu potrzeba :D

Dziękuję.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330384111,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Obiecany ciąg dalszy przygód Deana i Sama

poniedziałek, 19 września 2011 21:52

A teraz wreszcie ciąg dalszy tej historii, która w mojej szalonej głowie miała już chyba z 3 wersje. Teraz przedstawiam wam jedną z nich :D


Wcześniej: "

- Nie ma go tutaj. Jestem tylko ja. A ty masz proste zadanie, powiesz „tak” Michałowi i dam ci nawet wybór. Możesz zostać w tym ciele i dzielić je wraz z Michałem, wtedy będziesz odczuwał wszystko to, co teraz - siłę, spokój, brak bólu i wyrzutów sumienia. Możesz też spotkać się ze swoim braciszkiem, a raczej braciszkami. Odeślę cię na dół i zagwarantuję, że nie będziesz torturowany. Więc, co wybierasz? - Mężczyzna przysiadł na łóżku, założył nogę na nogę i ze spokojem przyglądał się związanemu Deanowi.

 

W pokoju zapanowała cisza."

 

 

 

- Opcję C, ty wracasz do swojej klatki. – Tuż za Deanem rozległ się przepełniony gniewem głoś Castiela. Obaj mężczyźni drgnęli na dźwięk głosu anioła. Lucyfer szybko zapanował nad wyrazem twarzy. Wyraz zaskoczenia szybko zastąpił, typowym dla siebie, drwiącym uśmieszkiem.

- Proszę, proszę. Któż to nas zaszczycił swoją obecnością. Pełen naiwności i ślepy na fakty Cas. Czego chcesz braciszku? – Głos upadłego anioła brzmiał pewnie i dumnie.

Cas postąpił krok do przodu, stając bliżej Deana. Spojrzenie jego niebieskich oczu jednak ani na chwilę nie oderwało się od wysokiej sylwetki drugiego anioła. Odezwał się znów opanowanym tonem. – Wiem, że powinienem zauważyć już dawno, że Sam to nie Sam. Dałem się jednak zwieść twoim sztuczkom, bracie.

- Cieszę się, że chociaż ty potrafisz przyznać się do własnych niepowodzeń, braciszku. – Lucyfer napiął wszystkie mięśnie i przeciągnął się.
Dean z bólem spojrzał na tak znajomą sylwetkę brata, która teraz była jedynie pustą skorupą służącą za schronienie najgorszemu złu. Anioł zauważył jego spojrzenie. – Jak widzisz, Dean, świetnie się czuję w ciele Sama. A raczej już moim ciele. Chłopak wiedział jak o siebie zadbać, jest silne i wysportowane. Wprost idealne do moich celów. – Posłał Deanowi szeroki uśmiech.
Po czym znów spojrzał na Castiela. – Już raz dałem ci szansę, bracie. Dam ci ja po raz drugi i tym razem dobrze się zastanów nad odpowiedzią. Przyłącz się do mnie, a zajmiesz miejsce przy moim boku. Wreszcie poznasz siłę i moc jaka nam się należy.

Cas zacisnął wargi i zrobił krok do przodu. Patrzył odważnie w zielone oczy Lucyfera, gdy odezwał się ponownie jego głos był pełen siły i dumy. – Uważasz, że szerzenie trwogi, bólu i śmierci jest oznaką siły? To tylko odzwierciedla wszystkie twoje kompleksy. Tak bardzo czujesz się nikim, boisz się odrzucenia, że aż wolisz zmuszać innych do posłuchu za pomocą bólu niż zasłużonego szacunku. Jesteś zwykłym zakompleksiony…

- Cas, to chyba nie jest dobry pomysł… - Dean również obserwował Ludyfera. A widząc jego reakcję na słowa Castiela, zaczął poważnie obawiać się o los anielskiego przyjaciela. Jednak anioł jakby go nie słyszał, znów postąpił krok do przodu, aż Dean poczuł dotyk połów jego płaszcza na ramieniu.

- Nigdy nie przyłączę się do ciebie, gardzę tobą i twoją demoniczną świtą, jesteście…

Oczy Lucyfera zabłysnęły niczym nie hamowanym gniewem, gwałtownie uniósł dłoń i…

Cas szybko wysunął rękę i dotknął ramienia Deana. W ułamku sekundy zniknęli z pokoju, a klątwa Lucyfera uderzyła w puste teraz krzesło rozbijając je na maleńkie drzazgi.

***

Kiedy wreszcie świat przestał wirować mu przed oczami, Dean powoli uniósł powieki o rozejrzał się wokół siebie. Cas znowu uratował mu tyłek, tym razem przenosząc go do… kościoła? Pomimo panującego we wnętrzu mroku udało mu się zauważyć rzędy drewnianych ławek i wielki krzyż wiszący po środku ołtarza. Spojrzał pytająco na anioła.

- Tutaj jesteśmy bezpieczni. Przynajmniej chwilowo. Ten kościół jest w pełni zabezpieczony przed demonami, więc jego sługusy nie powinni trafić na nasz ślad. A on sam raczej szybko się nie pofatyguje. – Cas przysiadł na pierwszej ławce i oparł ręce na kolanach. W końcu, z cichym westchnieniem pochylił głowę.

Napięte mięśnie Deana drżały ze zmęczenia i stresu. A widok tak… skapitulowanego anioła napawał go szczerym lękiem. W końcu wsunął się na miejsce obok niego. Uniósł dłoń by dotknąć anielskiego ramienia, jednak w ostatniej chwili zrezygnował. Nerwowo przesunął czubkiem języka po spierzchniętych wargach. Dłonie automatycznie powędrowały do obciętych na krótko włosów, by w końcu spocząć na drewnianym oparciu ławki.

W głowie miał tak wiele pytań, tyle wątpliwości. Jednak jego serce już zaplanowało dalsze działanie, czuło i wiedziało, co należy zrobić.

Kiedy milczenie przeciągało się w nieskończoność, a Castiel ani drgnął, Dean odezwał się prawie szeptem. – Cas… Cas…, czy możesz mnie tam odesłać?

Anioł drgnął, jakby ktoś go uderzył. Spojrzał szybko na siedzącego obok mężczyznę. Wysunął dłoń i dotknął jego czoła. Po chwili kościół znów był pusty.

***

- Cas, mógłbyś przestać? – Dean miał wrażenie, że siedzi na karuzeli, która nie chce przestać się kręcić. Kątem oka zauważył stary i brudny fotel, jednak bez wahania usiadł na nim westchnąwszy z ulgą.

- A ty mógłbyś przestać grać wiecznego bohatera? – Cas stał przed nim niczym anioł zemsty. Przeniósł ich do jakiegoś opuszczonego domu, gdzie wnętrze rozjaśniała znajdująca się za oknem lampa.

Dean miał już dosyć mroku i półmroku. Pragnął słońca, chociaż tam gdzie zamierzał się dostać, słońce było dawno zapomnianym luksusem.

Oparł się mocniej o fotel i spojrzał aniołowi prosto w oczy. – Prosiłem cię, abyś przeniósł mnie do…

- Mowy nie ma, nie po to stamtąd uciekliśmy, bym znowu miał cię odsyłać przed jego oblicze. Wiem, jak bardzo kochasz brata, ale uwierz mi, Sama tam nie ma i nic nie…

- Cas! – Dean podniósł głos o kilka tonów. – Nie chcę, abyś zabierał mnie do Lucyfera, chcę abyś zabrał mnie do piekła, do duszy Sama.

Anioł spojrzał na niego z niedowierzaniem. – Wiedziałem, że miewasz głupie pomysły, ale ten bije wszystkie na głowę.

- Cas, to MÓJ BRAT! Nie zostawię go tam na dole wiedząc, że istnieje chociażby najmniejsza szansa...

- Nie istnieje, z klatki zwykła dusza nie ma szans na ucieczkę.

- Sądziłeś, że Lucyfer też się nie wydostanie. – Dean usiadł prosto, przesunął dłonią po zdrętwiałym karku. – A jednak jakoś mu się udało. Więc…

- Nie ma żadnego więc, Dean. To piekielna klatka. Lucyfer, jeśli jeszcze nie zauważyłeś, jest sprytny i włada mocą potężniejszą od mojej.

- Ale przecież wyciągnąłeś mnie…

- To było co innego, nie byłem sam. Teraz…

- Cas, nie mogę tak po prostu siedzieć i czekać aż stanę się zabawką w rękach diabła. Muszę…

- Dean.

- Cas. Proszę, musimy spróbować.

- Dean, to będzie samobójcza misja. Nawet nie wiem jak tam się dostać, a tym bardziej wydostać. Możemy obaj utknąć w niej na zawsze.

- Wiem, ale wtedy Sam będzie wiedział że go nie zostawiłem, nie zapomniałem…

- Jesteś gotów zaryzykować powrót do piekła dla brata?

- Naprawdę musisz o to pytać, sądziłem że wiesz…

Przepełnione bólem zielone oczy szukały wsparcia w błękicie anielskiego spojrzenia. Odnalazły jednak prawdziwy strach, ale i wciąż niegasnącą wiarę. To była ostatnia nitka nadziei jaka mu pozostała.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330377470,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Sam i Elle cd.

niedziela, 18 września 2011 22:34

Strasznie dawno mnie tu nie było, ale dość marudzenia, przechodzę do rzeczy. :) Dzisiaj ciąg dalszy przygód Sama i Elle, a jutro ciąg dalszy przygód Deana. Miłej lektury.

 

Plany mają to do siebie, że zazwyczaj nic z nich nie wychodzi. No dobrze, z małymi wyjątkami zdarza się odnieść sukces w walce z losem. Od czasu do czasu, a to właśnie była jej chwila. W każdej komórce swojego ciała czuła pulsowanie adrenaliny. Czuła, że da radę, była tego nawet pewna.

 

Odczekała chwilę po tym jak Sam zniknął we wnętrzu budynku. Potem powoli zbliżyła się do wskazanego jej wcześniej piwnicznego okna. Najpierw przykucnęła na jedno kolano, zajrzała w kryjącą się za szybą ciemność. W końcu przełknęła czającą się w jej gardle gulę i powoli pchnęła okno. Rozchyliło się z cichym skrzypnięciem. Centymetr za centymetrem poszerzała się pozwalająca jej na przeciśnięcie się przestrzeń. W końcu przełożyła przez krawędź okna najpierw nogi, a potem powoli zsunęła się wzdłuż ściany. Zawisła w ciemności uporczywie trzymając się futryny. Rozpaczliwie machała nogami w poszukiwaniu jakiejś podbory na której mogłaby się oprzeć. Drętwiały jej palce, powoli ześlizgując się ze spróchniałego drewna. Wiedziała, że jeszcze chwila, a z impetem wyląduje w piwnicy, narobi pewnie przy tym sporo hałasu albo sobie coś połamie. Podjęła decyzję. Przylgnęła jak mogła najmocniej do ściany i powoli rozprostowała palce. Szykując się na bolesne spotkanie z cementowym podłożem, wstrzymała oddech.

Jednak jej stopy a potem kolana opadły na coś miękkiego. Wysunęła dłoń, pod palcami wyczuła szorstki materiał. Doleciał ją zapach rozpuszczalnika do farb. Miała ochotę odetchnąć z ulgą, ale pohamowała się w ostatniej chwili. Starając się poruszać jak najciszej, powoli wysunęła z kieszeni maleńką latarkę i nacisnęła przełącznik.

W świetle rzucanym przez niewielką żarówkę udało jej się zauważyć kilka połamanych krzeseł, jakieś szmaty i puste kartony. Żadnych demonicznych śladów, brak siarki, chociaż odór rozpuszczalnika zabijał wszelkie inne zapachy. Elle starała się zajrzeć w każdy kąt, przypominając sobie słowa Castiela odnośnie rozplanowania budynku. Po kilku minutach stąpania na palcach zbliżyła się do drewnianych drzwi. Wciśnięta za pas broń przypominała o sobie zimnym dotykiem, jednak dziewczyna starała się skupić na pierwszym punkcie planu. Odnaleźć pokój i dostać się do sejfu. Poprawiła przymocowany do paska zestaw niezbędnych narzędzi i wyciągnęła dłoń w kierunku pokrytej rdzą klamki.

Pierwsze naciśnięcie i nic. Metal ani drgnął. Elle zacisnęła mocniej palce i znów nacisnęła. Jednak i tym razem zamek nie chciał puścić. Klnąc cicho pod nosem przykucnęła i poświeciła na oporny materiał. Wszystko wyglądało normalnie, poza jednym. Tuż pod zardzewiałą klamką błyszczał nowością zamek. Ktoś musiał go niedawno wymienić, zapewniając sobie w ten sposób ochronę przed nieproszonymi gośćmi.

Elle poczuła, jak zaczynają jej drżeć dłonie. Tam na górze był Sam, w pojedynkę na nie wiadomo ile demonów, a ona utknęła tu jak zając we wnykach.

- Uspokój się, weź głęboki oddech, przypomnij sobie, czego nauczył cię Max. – Wyszeptała do siebie. Po kilkunastu sekundach poczuła, że zaczyna panować nad własnym ciałem. Sięgnęła do paska i wyciągnęła jeden z wytrychów.

 

- Cholera, Maxowi i Samowi zawsze szło to szybciej. – Kropelki potu spływały po jej policzkach, gdy wciąż mocowała się z opornym zamkiem. Raz i drugi wytrych zsunął się po lśniącym metalu wydając z siebie cichy zgrzyt. – No weź się i… Ile można. – Dziewczyna wzniosła oczy ku sufitowi i wiedząc, że raczej nie odniesienie to żadnego skutku, prawie warknęła. – Może byś coś zrobił?!

Jakby w odpowiedzi czubek wytrycha wsunął się wreszcie na właściwe miejsce, a ona usłyszała upragniony dźwięk. Zamek wreszcie ustąpił.

Blask światła na korytarzu prawie ją oślepił. Przymrużyła oczy i w napięciu wsłuchiwała się w każdy najmniejszy dźwięk. Jednak wokół panowała zadziwiająca cisza. Wysunęła się zza piwnicznych drzwi i zrobiła kilka kroków w kierunku, gdzie jak sądziła powinny znajdować się schody.

Chociaż drewno na podłodze nosiło wyraźne ślady zużycia, to jednak pod jej stopami nie wydawało żadnych zbyt głośnych dźwięków. Nie wiedziała na co ma spoglądać, czy przed siebie wypatrując zagrożenia, czy pod nogi wypatrując zdradliwych miejsc. Starając się patrzeć we wszystkie strony jednocześnie, poczuła że chyba dostanie zeza.

Nagle tuż nad jej głową rozległ się głośny huk, a potem kolejny, jakby meble upadały jeden za drugim. Jej ciało drgnęło kierowane impulsem. – Sam! – Chciała biec tam na górę, czując podświadomie że on tam jest i właśnie walczy, nie mogła go zostawić samego. Jednak rozsądek przypominał jej, że przecież taki był plan. Sam miał przyciągnąć uwagę demonów, by ona mogła w miarę spokojnie dostać się do sejfu.

Czując, jak zdradzieckie łzy zbierają się jej pod powiekami, przetarła oczy wierzchem dłoni a drugą ręką sięgnęła za pasek. Musi być przygotowana na wszystko.

Drugi pokój za schodami. Tak jej powiedzieli. Była tak blisko. Powoli wysunęła się zza rogu, jednak korytarz tam też był pusty. Jej umysł odnotował zdziwienie tym faktem, lecz Elle uznała że pewnie wszystkie demony skupiają się teraz na Samie. Mocniej zacisnęła palce na trzymanej broni i po cichu przesunęła się wzdłuż ściany.

Teraz poczuła wyraźny odór siarki. Wisiał w powietrzu niczym stara zasłona, odcinając dopływ świeżego powietrza, wciskając się w płuca niczym gryzący dym.

Starając się brać jak najpłytsze oddechy, Elle przesunęła się kawałek dalej. Teraz schody. Musiała przemknąć obok nich jak najszybciej i jak najciszej. Ostrożnie wychyliła głowę. Na podeście stał demon, co chwila zerkał w górę skąd dobiegały krzyki i hałasy, jednak nie ruszył się z miejsca. Dziewczyna wiedziała, że ma jedną szansę i będzie musiała ją wykorzystać. Jakby na zawołanie z góry dobiegł wściekły warkot, a strażnik poderwał gwałtownie głowę i zrobił kilka kroków w górę odwracając się do niej plecami. Nie zwlekała ani chwili. Kiedy minęła schody i znalazła się w kolejnej niszy, odetchnęła z ulgą. Przed sobą miała upragnione drzwi.

Szybko rozejrzała się wokół. Wyciągnęła dłoń w kierunku klamki i obróciła ją w dłoni. Drzwi były otwarte, a wnętrze pokoju oświetlała jedna lampa stojąca przy zabytkowym biurku. Czekając na atak, Elle napięła mięśnie gotowa do walki. Jednak nikt nie wysunął się z mroku, nie zaatakowała ją żadna bestia ani inny potwór.

Wsunęła się cała do pomieszczenia zamykając za sobą cicho drzwi. Musiała jeszcze tylko dostać się do sejfu i będzie mogła iść pomóc Samowi. Jeszcze tylko kilka minut.

 

Prawie podbiegła do starego drewnianego biurka. Padła przed nim na kolana i w pośpiechu zaczęła palcami błądzić pod jego blatem. W końcu natrafiła na wyżłobienie, nacisnęła je palcem. Z prawej strony otworzyły się drzwiczki. Elle rozchyliła je nieco szerzej, a jej oczom ukazał się metalowy niewielkich rozmiarów sejf.

Dziewczyna rozłożyła przed sobą wszystkie niezbędne przyrządy i przystąpiła do pracy. Tyle razy robiła to z Maxem, mato już we krwi, zakodowany każdy ruch. Jej mięśnie i umysł faktycznie pamiętały kolejność poszczególnych czynności. Po kilku sekundach Elle poczuła jak szyfrowany zamek ustępuje pod wpływem jej zwinnych palców. Uśmiechając się szeroko otworzyła drzwiczki.

Na górnej półce leżało czarne aksamitne pudełko. Poczuła, jak do niej woła, jak kusi ją by je otworzyła. Prawie uległa tej pokusie. W ostatniej chwili odsunęła palce i wsunęła pudełko do przygotowanej wcześniej kieszonki. Delikatnie zamknęła sejf i szafkę, starając się nie zostawić żadnych śladów.

Wyszła znów na korytarz i podążyła dokładnie tą trasą, jaką przyszła. Teraz była gotowa na walkę.

Wychyliła się zza rogu i spojrzała na schody. Były puste. Nie wahając się ani chwili weszła po nich stopień po stopniu. Trzymana broń nieznośnie jej ciążyła, jednak pamiętała zalecenia Sama. Przynajmniej w tym punkcie go posłucha.

Była już prawie na ich szczycie, gdy gdzieś z lewej strony dobiegł ją przeraźliwy krzyk bólu. Bez trudu rozpoznała głos Sama. Miała wrażenie, że rozrywa jej wnętrzności, zapiera dech. Nie wahając się, szybko skierowała się w stronę pokoju skąd dobiegł głos Sama, a teraz słychać było pełen pogardy śmiech.

Nie zdążyła nawet podejść na kilka metrów, gdy ktoś ją chwycił od tyłu i uniósł nad ziemię. Zamachała w powietrzu stopami starając się trafić napastnika. Była jednak zbyt słaba i zbyt mała. Nie znosząc poczucia bezsilności wgryzła się zębami w dłoń zasłaniającą jej usta. Odczuła małą satysfakcję, gdy jej napastnik zaklął cicho. Jednak zaraz nasilił uścisk dłoni odcinając jej prawie dopływ powietrza. Nagle z boku pojawił się drugi mężczyzna, który rzuciwszy jej spojrzenie czarnych oczy, chwycił jej dłoń i wyciągnął wciąż przez nią trzymany pistolet. Potem złapał jej drugą rękę i owiązał je sznurem. Obaj nie odezwali się do niej ani słowem. Ten pierwszy w końcu postawił ją na ziemi, nie odsunął się jednak wystarczająco szybko, by uniknąć spotkania z jej stopą, która trafiła go w goleń. Furia zabłysła w czarnych oczach, gdy ją spoliczkował.

Dziewczyna zachwiała się, nie upadła jedynie dzięki silnemu chwytowi drugiego mężczyzny. Czuła, jak skóra pod okiem ja piecze i nabiega gorącem. Kilka niechcianych łez zsunęło jej się po policzku. Miała ochotę wrzeszczeć, jednak czuła, że nie jest to najlepszy pomysł.

Obaj chwycili ją mocno pod ramię i prawie zaciągnęli pod drzwi w kierunku których zmierzała wcześniej.

 

- Mamy dla ciebie niespodziankę, chłoptasiu. – Powiedział to ten drugi z jej napastników. Pchnął ją mocno, aż wylądowała na kolanach w ostatniej chwili podpierając się związanymi dłońmi. Powoli uniosła głowę.

 

Dwa metry od niej był Sam. Jej Sam. Teraz podwieszony u sufitu. Związali mu ręce i powiesili na haku niczym zwierzę w ubojni. Zabrali mu koszulę, a odsłonięta skóra pokryta była siniakami i krwawiącymi ranami. Torturowali go.

 

Wnętrzności Elle zapłonęły chęcią mordu i zemsty, jednak serce pękało na widok cierpienia jakie zadano chłopakowi. Obiecała sobie, że się nie popłacze, nie da im tej satysfakcji. Jednak kiedy w posiniaczonej masie rozpoznała twarz Sama, a jego oczy patrzyły na nią tak przytomnie, z takim bólem, nie wytrzymała i zaczęła szlochać. W jego zielonym spojrzeniu widziała ból i strach ale o nią, nie o siebie. Widziała ból jakiego doświadczył, ale i ból świadomości tego, co ją może spotkać. Ból i złość na siebie, że jej pozwolił z nim iść, ból towarzyszący trosce o ukochaną osobę, ból rozsądku który informował, że to już chyba koniec…

Przepełniony żałością, a potem gniewem krzyk rozniósł się po pokoju.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330374066,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  13 279 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Jeżeli lubicie świat Supernatural, przygody głownych bohaterów, tutaj znajdziecie małe coś... Jest to miejsce, gdzie są wytwory mojej wyobraźni przelane na klawiaturę. To historie nie wybitnie literac...

więcej...

Jeżeli lubicie świat Supernatural, przygody głownych bohaterów, tutaj znajdziecie małe coś... Jest to miejsce, gdzie są wytwory mojej wyobraźni przelane na klawiaturę. To historie nie wybitnie literackie, nawet do takich nie pretendują. To historie których czytanie ma wam sprawić tyle frajdy, co mi ich pisanie.

schowaj...

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 29.09.2011 15:07:19
  • autor: Maire
  • treść: Uwielbiam Twoje opow...

Statystyki

Odwiedziny: 13279
(wersja testowa)
Wpisy
  • komentarze: 450
Bloog istnieje od: 1021 dni
luckymesn@gmail.com